piątek, 14 lutego 2014

Rozdział 3


Autobus zatrzymał się pod szkołą. Wszyscy z niego wysiedli i kierowali się do wejścia budynku. Jak zwykle weszłam ostatnia. No prawie… Po podjeździe biegł zdyszany Vincent z… dziewczynami z mojego pokoju .Po ostatnim spotkaniu nie chciałam z nim rozmawiać.
Jak najszybciej poszłam do klasy. Miałam matematykę. Poniedziałek, siódma rano i jeszcze pierwsza lekcja to matematyka z wredną panią Stean. W klasie pod sufitem i przy oknach wisiały czerwone i różowe serduszka. No tak walentynki. Święto, którego bardzo, ale to bardzo nie lubię. Szczególnie, że mam w tym dniu urodziny. Jej! Powinnam się cieszyć, że kończę szesnaście lat, ale 14 luty to zła data, żeby coś świętować, przynajmniej w moim wypadku. Dość użalania się nad sobą. Usiadłam w pierwszej ławce od okna. Jest to najlepsze miejsce, gdyż ławki w klasie są dziwnie rozmieszczone i w pierwszym rzędzie jest chyba 13 pojedynczych stolików. Pani Stean nigdy tam nie patrzy. Wyciągnęłam książki i długopis. Czekałam na dzwonek, który oznajmi lekcję. Dryń… Dryń… W końcu zaczęły się zajęcia, ale nie było tak jak zwykle. Matematyczka nie sprawdziła obecności. Nie krzyczała na nas. Nie bazgroliła po tablicy. Tylko stała koło biurka i na kogoś czekała. Chyba wiem na kogo.
-Ykhym…-chrząknęła, żeby zwrócić naszą uwagę-To jest Vincent. Nowy uczeń. Chciałabym, żeby ktoś oprowadził go po szkole w wolnej chwili.
Chłopak wyszczerzył zęby w uśmiech i zaczął lustrować klasę. Nagle jego wzrok zatrzymał się na mnie. Nie chciałam na niego patrzeć. Miałam odwrócić wzrok, kiedy pomachał do mnie. Myślałam, że zapadnę się pod ziemię. Wszyscy popatrzyli się na mnie ze zdziwieniem. Dziewczyny patrzyły z odrazą.
-Vincent, możesz usiąść gdzie chcesz.-po tych słowach chłopak zaczął iść w moją stronę.
Co za dupek. Cały czas za mną łazi.
-Wolne?-uśmiech nie znikał mu z ust.
 -Nie.-tak jak myślałam usiadł za mną.
Czy on w ogóle słucha co się do niego mówi. A jeśli miał zamiar tu usiąść bez względu na to co powiem, to po co się pyta?! Już wtedy wiedziałam, że ten dzień będzie jeszcze gorszy niż zwykle.
Dryń… Dryń… Tak! Przerwa! To oznacza czas na bibliotekę. Byłam tam częstym gościem. Miałam już wyjść z klasy, ale napatoczył się Vincent.
-Hej! Naomi! Oprowadzisz mnie?-dalej się uśmiechał.
-Yyy… Nie. Poproś kogoś innego.
-Naomi!-usłyszałam karcący głos pani Stean.-Jeśli nowy uczeń cię o coś prosi to mu pomóż!
-Ale proszę pani…-
-Naomi! Bo zostaniesz po lekcjach.-to był szantaż.
Nie mogłam sobie pozwolić na dodatkowe godziny w szkole, bo muszę iść do kawiarni na moją zmianę.
-Dobra.-powiedziałam to tak jak małe dziecko.
Ruszyłam korytarzem. Nie sprawdziłam czy nowy za mną idzie. Miałam nadzieję, że po prostu zaprowadzę go do klasy, w której ma lekcję i zniknę.
-Co teraz masz?-brak odpowiedzi-Vincent?-gdzie on polazł.
Zaczęłam się wracać. Jeśli go nie znajdę będzie ze mną źle. Nagle ktoś pociągnął mnie za rękę. Uderzyłam plecami o ścianę. To ten idiota.
-Co to było!?-nie mogłam się powstrzymać, więc krzyknęłam mu w twarz.
-Nic. Chciałem ci złożyć życzenia. Słyszałem, że masz dzisiaj urodziny.-uśmiechnął się.

Nagle usłyszałam w mojej głowie myśli. Tylko nie były moje…
----------------------------------------------------------------------
Mam nadzieję, że wam się podoba. A tak w ogóle to życzę wam udanych walentynek :* Jeszcze zachęcam do komentowania, przede wszystkim czytania i polecania znajomym.

wtorek, 11 lutego 2014

Rozdział 2

To znowu ten nowy. Jak mu tam? No tak Vincent. Co on do mnie ma?
-O! To ty Naomi.-uśmiechnął się do mnie, ale ja tego nie odwzajemniłam.-Widzę, że jesteś nie w sosie.
-Co cię to obchodzi?!-chciałam go ominąć, ale zagrodził mi drogę.-Przesuń się!
-Nie.-skrzyżował ręce na piersi.
-Nie?
-Nie
-Dlaczego?-teraz ja skrzyżowałam ręce na piersi.
-Bo nie odpowiadasz na moje pytania. Co ja ci zrobiłem?-lekko podniósł głos.
-Po prostu cię nie lubię. Zadowolony? Teraz się odsuń.
-Nie lubisz mnie? Przecież mnie nie znasz. I nie mam zamiaru się odsunąć.
Teraz naprawdę mnie zdenerwował. Uniosłam pięści do góry i zamachnęłam się. Niestety Vincent złapał moje nadgarstki.
-Puszczaj mnie idioto!
Nic nie odpowiedział, tylko przycisnął mnie do ściany.
-Radze ci uważać, Naomi.-szepnął mi do ucha i odszedł.

Stałam chwilę w bezruchu. O co mu chodziło? To jakiś dziwny facet… No trudno. Nie miałam czasu na rozmyślania. Poszłam w końcu do stołówki. Było to duże pomieszczenie ze stołami i krzesłami. Niedaleko drzwi znajdowała się kuchnia, w której krzątały się kucharki, wydając posiłki. Dzisiaj zdecydowałam się na tosty z dżemem i jabłko. Zjadłam tak szybko jak mogłam i poszłam się zameldować. Pani Green przybiła mi pieczątkę na kartce. Każdy tutaj miał taki świstek, na którym opiekunowie zapisywali, że wyszliśmy do szkoły. Wsiadłam do autobusu, włożyłam słuchawki do uszu i zatonęłam w myślach. 
--------------------------------------------------------------------------------------------
Witam wszystkich, którzy czytają albo cokolwiek robią na moim blogu. Bardzo krótki rozdział, ale w piątek, 14 lutego, tak w walentynki, nadrobię to. Zachęcam do komentowania. Jeśli macie jakieś uwagi, rady albo coś to piszcie.

niedziela, 9 lutego 2014

Rozdział 1

Kocham cię. Dwa słowa, które dla wszystkich znaczą tak dużo. Całe życie szukają osoby, która im to powie, która spędzi z nią resztę życia. Dla mnie to puste słowa.

Chcecie wiedzieć coś o mnie?
 Po pierwsze rodzice mnie zostawili, kiedy miałam pięć lat. Zostawili nie znaczy, że nie żyją, ale po prostu znudziłam się im i postanowili oddać mnie do sierocińca. Nikt nie chciał mnie przygarnąć, gdyż ludzie wolą niemowlaki, które mogą wychować jak chcą, a nie... mnie. Szczególnie wtedy nie byłam za ładna. Siniaki na ciele, podbite oko i obdarte ciuchy, w których przyjechałam do domu dziecka "Promyk" nie wyglądały przyjaźnie-wręcz przeciwnie.
 Po drugie pozbyłam się wszystkich zbędnych uczuć. Nie były mi potrzebne. Nie chciałam znowu zostać zraniona.
 Po trzecie od jedenastu lat cały czas jestem w sierocińcu. Nie, żeby było mi tu źle, ale jest nudno i dzielenie pokoju z trzema innymi dziewczynami nie jest zbyt dogodne.

Nie lubię się zaprzyjaźniać, ani nazywać kogoś "moim przyjacielem" , ale Eliza jest osobą, z którą w miarę lubię spędzać czas.To  zwariowana, trochę dziwna blondynka. Często ubiera obcisłe bluzki i dżinsy biodrówki. Buty na lekkim obcasie sprawiają, że wygląda na szczuplejszą niż jest. Często mocno się maluje, przez co wygląda jakby to łagodnie ująć... jak kobieta lekkich obyczajów. Staram się ją lubić za wnętrze, a nie za wygląd, chociaż jestem jej zupełnym przeciwieństwem. Różowe, lekko kręcone włosy do łopatek wyglądają dziwnie w porównaniu do cudnych blond włosów do ramion. Teraz myślicie, „Jaka ona jest głupia. Kto normalny farbuje się na różowo?" Otóż to nie był mój wybór. Od urodzenia takie były. Żadna farba do włosów nie działała. Ale mniejsza o kolor. Ubieram się inaczej niż Eliza -wolę dresy lub leginsy, za duże koszulki z nadrukami i bluzy. Najczęściej zakładam do tego czarne trampki z przeceny. Po szkole dorabiam sobie, jako kelnerka, ponieważ postanowiłam zbierać na laptopa. Stary telefon nie przeszkadza mi tak bardzo, ale fakt, że nie mogę oglądać seriali, siedzieć na Facebooku ani spisywać swoich myśli nie daje mi spokoju.
Chyba tyle o mnie, przynajmniej na razie.


Poniedziałek. Piąta rano. Najgorsza chwila po weekendzie. Budzik Cassie od dziesięciu minut wydzwaniał piosenkę jakiegoś rapera. Zwlokłam się z łóżka, zabrałam czyste ciuchy, ręcznik, kosmetyczkę i wyszłam z pokoju. Nie miałam do końca otwartych oczu, bo jeszcze nie całkiem się obudziłam. Znałam tak dobrze drogę do łazienki, że mogłabym zaprowadzić tam kogoś przez sen. Jak zwykle myślałam o niczym, taki to urok poniedziałków. Nagle w coś uderzyłam, a może w kogoś? Straciłam równowagę i upadłam na podłogę. Od razu otworzyłam oczy. Stał nade mną wysoki brunet o czarnych oczach. Przyglądał mi się z zaciekawieniem i rozbawieniem.
-Co się tak gapisz?!- warknęłam
-Nieważne. Jestem Vincent, nowy.
-Ta... Dzięki za informację, ale muszę już iść. Trochę się śpieszę.- ruszyłam w stronę łazienki.

-Czekaj! A ty jak się nazywasz?- zauważyłam, że inni chłopcy zaczęli się zbierać w małą grupkę niedaleko nas.
-Nie twój interes.
-Hej! Naomi! Nowy kolega?-Mark stał pod ścianą i próbował powstrzymać śmiech.
-Więc Naomi, do zobaczenia.-Vincent zaczerwienił się i odszedł.

Nie miałam siły zastanawiać się co to za upierdliwy facet. Powędrowałam do wspólnej łazienki. W środku było już kilka dziewczyn. Znałam je tylko z widzenia, gdyż nie chciałam zaprzyjaźniać się z każdą napotkaną osobą, która później złamie mi serce i zniknie. Ruszyłam pod prysznic. Łazienka była podobna do tych jakie są w schroniskach młodzieżowych. Na jednym piętrze po dwie wspólne łazienki. Jedna dla dziewczyn, druga dla chłopców. Całe pomieszczenie było wyłożone kremowymi płytkami. Na jednej ścianie wisiały cztery lustra, a pod każdym umywalka. Na przeciwko stało osiem kabin toaletowych. Dalej były umieszczone kabiny prysznicowe z zasłonką. Weszłam do jednej z nich. Ściągnęłam z siebie piżamę i zawiesiłam na haczyku, umieszczonym niedaleko zasłonki. Odkręciłam kurek i oblałam się lodowatą wodą. Jak zwykle -niby jest wcześnie, ale już nie ma ciepłej wody. Przyzwyczaiłam się do tego. Umyłam się w jakieś pięć minut. Sięgnęłam po miękki ręcznik, którym się opatuliłam. Ubrałam moje ulubione czarne, trochę luźne dresy, czerwoną, za dużą koszulkę z nadrukiem, a na to białą bluzę z kapturem wkładaną przez głowę. Mokre włosy spoczywały po obu stronach twarzy. Podeszłam do lustra. Stwierdziłam, że nie wyglądam tak źle, więc wyszłam z łazienki. Na korytarzu kłębiły się tłumy ludzi. Z trudem przecisnęłam się przez nich. W końcu, po jakimś czasie, zmęczona dotarłam do pokoju. Eliza i Cassie wybierały, w co się ubrać, a Courtney dalej spała w najlepsze. Mieszkałam z nimi tyle lat, że zdążyłam zauważyć, iż jestem ich całkowitym przeciwieństwem. One były takie sam- po prostu sztuczne. Lubiłam je, ale nie chciałam spędzać z nimi czasu. Odłożyłam kosmetyczkę i ręcznik do szafki. Każda z nas miała taką do dyspozycji. Koło mojego łóżka leżała czarna, szkolna torba na ramię z motywem galaxy . Niedaleko niej rozrzucone były moje trampki, które już zaczęłam sznurować. Zgarnęłam z półki książki , zeszyty oraz piórnik z mnóstwem niepotrzebnych rzeczy w środku i wrzuciłam je do torby. Stwierdziłam, że jestem gotowa do wyjścia, więc zostawiłam dziewczyny same w pokoju. Musiałam jeszcze pójść do stołówki na śniadanie, bo inaczej nie wypuściliby mnie do szkoły. Ruszyłam korytarzem w stronę mojego celu. Byłam już blisko, ale znów na kogoś wpadłam…